Filmowy „Ostatni raz…”.

an Chéadaoin, an 7ú lá d’Eanáir, 2015

28 grudnia, niespodziewanie dla samego siebie (wspominałem, że rok 2014 był dla mnie wyjątkowo łaskawy, a grudzień to już przebił wszystko) zabrany zostałem do kina „Helios” w Trzech Koronach, na ostatnią część filmowego Hobbita „Bitwę Pięciu Armii”. Już dwa dni po polskiej premierze! 😀

O wrażeniach z poprzednich dwóch części pisałem tutaj i tutaj. Czas zakończyć ten fantastyczny, spontaniczny cykl. Opisywany we wszystkich polsko- i anglojęzycznych materiałach promocyjnych, jako „Ostatni raz w Śródziemiu”.

Chociaż większość ekipy realizującej Władcę i Hobbita nie ma nic wspólnego z USA, to jednak Peter Jackson posiada dom w Kalifornii i chyba przejął co nieco z amerykańskiej mentalności – choć, jak sam twierdzi, nie cierpi hollywoodzkiego blichtru. A Amerykanie mają takie powiedzonko: „Jeśli coś kończyć, to z hukiem”, względnie „z przytupem”. Ostatnia część trylogii doskonale te słowa ilustruje…

* * *

Akcja od pierwszej do ostatniej minuty. Najwięcej akcji z wszystkich trzech części, a nie wiem, czy nie ze wszystkich szczęściu nawet…

Począwszy od Smauga z furią atakującego Miasto na Jeziorze (osobiście zrobiło mi się go nawet żal, kiedy poległ później), aż po końcową, tytułową Bitwę Pięciu Armii, która rozsadziła ekran. I kolejne amerykańskie powiedzonko: w tej naparzance było wszystko, oprócz kuchennego zlewu.

Ludzie, Elfy, Kransoludy i podwójna dawka Goblinów. Każdy ma jakieś pretensje do innych, jakieś oczekiwania. Nikt z nikim dogadać się nie chce, przynajmniej na początku. W takich warunkach, musi w końcu nastąpić eksplozja. I następuje…

Pomiędzy tym wszystkim, scena opisana przez Tolkiena ledwie dwoma akapitami – Galadriela, Elrond i Saruman ratują wycieńczonego Gandalfa z Dol Goldur…jak dla mnie, na ekranie ta scena jest jedną z najlepszych w całej hobbickiej trylogii.

* * *

Ogólnie, BPA wgniata w fotel. Ale… Trochę chyba przesadzili. Przedobrzyli z akcją. To, co jest największą zaletą tej części, paradoksalnie, jest również (w moim odczuciu) jej największą wadą.

Wszystko postawili na monumentalność, epickość…obcinając przez to momenty wzruszenia i śmiechu (bardziej przecież typowe w książce dla dzieci, jaką w końcu jest Hobbit) do absolutnego minimum. Kilka takich chwil, owszem, jest tam:

Śmierć trzech Krasnoludów; Bilbo otrzymuje kolczugę z mithrilu, którą znamy z Drużyny Pierścienia; Gandalf i Galadriela w Dol Goldur, chwilę przed walką ze złem; krótkie nawiązanie do Aragorna; moment, w którym Bilbo wraca wreszcie do domu; pewien rzucający się w oczy „troll-samobójca” 😀 ; pojawienie się Orłów; Thranduil na jeleniu; oraz ostatnia scena filmu, będąca bezpośrednim wstępem do WP…

Wydaję mi się wszakże, iż w poprzednich częściach, proporcje między akcją a wzruszeniem były nieco bardziej zrównoważone.

* * *

Znowu pojawiła się pomyłka tłumaczeniowa, na którą zwróciłem Wam uwagę w recenzji części drugiej. Wymowa nazwy miasta Ludzi DALE (DEJL, a nie jak w filmie: DAL).

Większość krytyków zwróciła uwagę na nadmierną ilość scen wygenerowanych komputerowo, na tak zwanym zielonym lub niebieskim tle. Tu się z nimi zgadzam – poprzednie dwie części były pod tym względem nieco bardziej naturalne.

Ci sami ludzie zwracają też uwagę na rażącą niezgodność geografii ukazanej w tej części, z tym, co napisał Tolkien. Odległości się nie zgadzają. Tutaj, przyznam, moje zdanie jest podzielone.

Z jednej strony pamiętam, że WP faktycznie był wierniejszy książkom pod względem geograficznym. Z drugiej zaś, jestem dla mojego Imiennika bardziej pobłażliwy. Nie sposób uwzględnić w takiej produkcji wszystkich detali z pierwowzoru, choćby i były najważniejsze dla większości fanów.

Jackson ma dla Tolkiena ogromny szacunek – sam wielokrotnie to podkreślał, widać to też na ekranie w większości drobiazgów i w materiałach dodatkowych zza kulis; w wykonaniu kostiumów, na przykład.
Tolkien miał swoją wizję, a twórcy filmowi na przestrzeni lat swoją. Nie sposób wszystkiego uwzględnić, co wymusza pójście na kompromisy. Trzeba pamiętać o tym, co często podkreślają entuzjaści filmowych wersji – to, co zrobił reżyser, nie stanowi wiernej w każdym calu EKRANIZACJI dzieł Profesora. To jedynie ich ADAPTACJA.

* * *

Tytuł tej części miał pierwotnie brzmieć: „Tam i z powrotem”. Na etapie produkcji twórcy uznali, iż lepiej będzie pasować BPA, gdyż według nich jest to kulminacyjne wydarzenie tej części i w ogóle całej trylogii. Fani byli niepocieszeni tą zmianą, niektórzy do dzisiaj nie mogą tego przeboleć. 

Kilka miesięcy przed premierą zaczęły krążyć pogłoski, jakoby główny temat do „Bitwy…” miała skomponować Enya. Przyznam, że osobiście skakałbym ze szczęścia, mogąc Ją znów usłyszeć w Śródziemiu. Ostatecznie owe informacje nie potwierdziły się.
Zaszczyt końcowej piosenki przypadł jednak w udziale komuś, kto świat Tolkiena zna równie dobrze. Wzruszające, choć jednocześnie bardzo smutne „The Last Goodbye” („Ostatnie pożegnanie”) wykonał Billy Boyd, czyli doświadczony już w śpiewaniu hobbit Pippin Took z pierwszej trylogii. TLG od razu chwyciło mnie za serce… 

* * *

Tak oto świat cały żegna fantastyczną wizję Petera Jacksona. Sam reżyser stwierdził, że praca nad tymi filmami była dla niego i całej ekipy największą przygodą w życiu. Niczego nie żałuje i czuje się spełniony jako filmowiec. 

Czy warto iść do kina? Na pewno… Warto dla monumentalnej Bitwy Pięciu Armii, warto dla sceny w Dol Goldur, warto dla pierwszej sceny ze Smaugiem. Warto dla muzyki. Warto, aby raz jeszcze pobyć przez chwilę w pięknej Nowej Zelandii. Dobrze jednak, że pożegnanie filmowe nie równa się książkowemu – w książkach wracam Tam nieraz…i długo jeszcze wracać będę. 


* Postać Aragorna w kontekście filmowego Hobbita jest bardzo ciekawa. Według tego, co napisał Tolkien, Aragorn w trakcie BPA był zaledwie 10-latkiem, zaś w chwili spotkania z Frodem we WP, miał około 70-80 lat. Dlatego sposób, w jaki wspomina się o nim w Hobbicie, może być dla wtajemniczonych niewiarygodny. 

Sam Viggo Mortensen został zresztą poproszony o powtórzenie swojej roli z Władcy. Odmówił, twierdząc, iż wyglądałby za staro. 

Reklamy

Posted on 7 stycznia 2015, in Życie Celta. Bookmark the permalink. 10 Komentarzy.

  1. oczywiście, że pójdę.. poprzednie części obejrzałam więc i tej nie odpuszczę… 🙂
    uwielbiam kajobrazy pokazane i w „Hobbicie”, i we „Władcy Pierścienia”, są przepiękne …
    miłego dnia Celcie … 🙂

  2. Zamierzam pójść z Krzyśkiem pod koniec miesiąca 🙂 A piosenka piękna (przypomina mi „Into the west” bardzo), tylko aż się zdziwiłam, że Pippin się tak postarzał 😉

  3. Scena kiedy Legolas biegnie po kamieniach… Młoda mówiła mi, że całe kino zaczęło się śmiać. Przegięli podobno. Ja nie miałam jeszcze okazji, ale obejrzę.

  4. Jantoni341.blogspot.com

    Jak się szczęście ma,
    to komentarz gra!

  5. A mi jakoś żal, że ta historia się już zakończyła. Pozdrawiam. 🙂

Rozmowy pod Wielkim Dębem...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: