O celtyckiej dwoistości i (po)mroczności… I

an Chéadaoin, an 10ú lá d’Aibreán 2013

Tytuł niniejszej notki podsunął mi ongiś Wachmistrz, w jednym z komentarzy…

Powstawała ona w podobny sposób, jak Stosunki celtycko-macedońskie. Miałem w głowie jej zarys już od dłuższego czasu, lecz z powodu niedostatecznej ilości informacji musiałem trochę poczekać z przelaniem tego na wirtualny papier. Sporym krokiem naprzód był tutaj pewien dokument, który całkowitym przypadkiem rzucił mi się w oczy na Planette+ 25 lutego.

„Ofiary druidów” to amerykańsko-francuska koprodukcja powstała w oparciu o najnowsze dowody naukowe i archeologiczne. Jej tytuł niejako zapowiada o czym będę Wam chciał opowiedzieć. O ofiarach z ludzi i kulcie śmierci w świecie Celtów, ale nie tylko.

Ten właśnie obszar dziejów moich duchowych braci był mi dotychczas najmniej znanym. Owszem, wiedziałem, że takie praktyki miały miejsce, ale napisać po prostu, że druidzi składali ofiary z ludzi i nijak tego nie wyjaśnić to jak dla mnie trochę za mało.

* * *

Patrząc na całą tę sprawę z perspektywy dzisiejszych w miarę oświeconych i technologicznie zaawansowanych czasów, mogę stwierdzić, że moi duchowi bracia są tyleż wspaniali, ile zwyczajnie dziwni. Dziwni. Dobrze przeczytaliście.

Każdy medal ma dwie strony. Piękne stroje i rękodzieła, głęboko zakorzeniony szacunek do bogów, honor i wojowniczość – to jedna. Ofiary z ludzi, homoseksualizm, czy krwawe rytuały to druga. Przy czym należy pamiętać, że Celtowie byli nieodrodnymi dziećmi swoich czasów i należeli do szeregu starożytnych kultur, dla których tego typu postępowanie było czymś zupełnie normalnym.

Czerpali z życia pełnymi garściami, uwielbiali uczty i tańce w większym gronie. Jednocześnie kochali też wojnę i łupieżcze wyprawy, które często bywały szansą awansu w hierarchii rodowej czy plemiennej. Mogły skorzystać na tym nawet osoby stojące na samym dole drabiny społecznej.

Jednak według dostępnych mi źródeł, podczas takich eskapad rzadko kiedy zdarzało się, aby wojownik dał kobiecie z napadniętego plemienia spokój, jeśli wiecie co mam na myśli…

W czasach pokoju przeciętny celtycki rolnik, w podzięce za dobre plony, składał ich część w ofierze Amaetonowi (którego zwą także Amatheonem).

Przy okazji nadciągającej bitwy, ten sam rolnik mógł z równą gorliwością  podcinać sobie żyły w próbie zdobycia względów bogini rzezi Agrony, oraz Morrigan – mrocznej patronki działań wojennych. Jak łatwo się domyślić, obie te panie były dosyć łase na krew…

Historia poza tym pokazuje nam, iż Celtowie mieli szansę stworzyć paneuropejskie imperium na miarę Rzymu czy Persji…gdyby tylko sami tego chcieli. Oni jednak myśleli w kategoriach lokalnych, nie globalnych. Liczyło się przede wszystkim własne plemię, własna rodzina.

W ciągu tysiąca lat zasiedlili cały Stary Kontynent. I choć musiała istnieć jakaś świadomość wspólnoty kulturowej, nie była ona na tyle silna, aby wzbudzić w nich imperialne ciągoty.

Ta dwoistość była wyraźnie widoczna we wszystkim, co ich dotyczyło.

* * *

O ile drobne ofiary w rodzaju tej wzmiankowanej powyżej mógł składać w zasadzie każdy, o tyle poważniejsze rytuały związane z plemieniem jako całością, z najważniejszymi świętami i większymi ofiarami, były już wyłączną domeną druidów.

Moi bracia składali ofiary dla bogów właściwie odkąd pojawili się na arenie historii. Wiara była dla nich rzeczą najważniejszą. Wierzyli w codzienne obcowanie z nadprzyrodzonym bardziej niż niektórzy dzisiejsi chrześcijanie, Żydzi czy muzułmanie. Ofiary były zatem naturalną konsekwencją takiego spojrzenia na świat.

Ogólny podział przebiegał tak: plemionom patronowali bogowie, miejscom zaś boginie, ale nie było to ścisłą regułą. Aby w konkretnym miejscu mogła się odbyć bitwa, należało najpierw zjednać sobie patrona tegoż miejsca. Tak samo, jeśli chciano wyprosić jakąś szczególną łaskę.

Od najdawniejszych czasów dokonywano tego głównie poprzez ofiary ze zwierząt. Ich wielkość była uzależniona od rodzaju rytuału tudzież prośby, z jaką się do bóstw zwracano. Dla Celtów strefami granicznymi między naszym światem a dziedziną duchów (i zarazem miejsca, gdzie najczęściej ofiary składano) były lasy, plaże i skupiska wód. Złożenie ofiary polegało na wrzuceniu do jeziora bądź strumienia drogocennych rzeczy typu biżuteria czy broń.

Dzięki temu, współcześni archeolodzy i pasjonaci odnajdują na różnych obszarach wiele przedmiotów wotywnych, których kunsztowne wykonanie wciąż jeszcze można dostrzec.

* * *

Topienie ludzi w rzece w takim samym charakterze również nie było niczym niezwykłym. Do tej sprawy jeszcze w tym cyklu wrócę…

Z tego, co czytałem i oglądałem można wysnuć wniosek, że ofiary z ludzi wprowadzano do celtyckich ceremonii stopniowo. Były one odpowiedzią na narastającą agresję ze strony sąsiednich plemion, ale przede wszystkim ze strony coraz potężniejszych Rzymian. Druidzi i wodzowie mieli nadzieję przebłagać stwórców świata i zapewnić sobie ochronę, składając im ofiarę ostateczną – z drugiego człowieka, czasami i z siebie samych.

* * *

Wspomniałem przy okazji święta Imbolc, iż druidzi bardzo dbali o zachowanie równowagi w życiu plemienia, oraz między światem doczesnym a zaświatami. Kiedy chodziło o zachowywanie równowagi, nie cofano się przed niczym… Ciekawy przykład podaje tutaj grecki historyk, Herodot (który notabene jako pierwszy napisał, iż „Dunaj wypływa z kraju Celtów”).

W jednym z naddunajskich gajów zebrała się pod przewodnictwem druidów cała lokalna wspólnota, włącznie z dziećmi. Miano dzisiaj wykonać wyrok na jednym z członków owego plemienia, który dopuścił się morderstwa. W głębi zagajnika stał kamienny stół. Na nim to delikwent miał zapłacić za swój czyn najwyższą cenę. Nie pamiętam już, czyją krew miał on na rękach; lecz musiał to być ktoś znaczny, skoro prawie doszło do rytualnego zabójstwa.

A „prawie” dlatego, że skazańcowi w ostatniej chwili  udało się wyrwać strażnikom i uciec w siną dal. Porządek rzeczy był jednak zakłócony. Duch zamordowanego nie zazna spokoju dopóki rachunki nie zostaną wyrównane. Bogowie są wściekli z powodu straconej ofiary i nie przepuszczą go na drugą stronę. 

Plemię znad Dunaju w żadnym razie nie chciało ściągać na siebie gniewu bóstw, więc jeden z obecnych zgłosił się na ochotnika, że zbiega zastąpi. Ochotnik nie miał nic na sumieniu, a jednak zgodził się ponieść śmierć, aby zapewnić spokój duszy współplemieńca i zachować równowagę między bogami a ludźmi. Nic osobistego – po prostu życie za życie…

Możliwe, że podobny schemat powtarzał się i na innych terenach zamieszkanych przez moich braci.

* * *

A co z niedoszłą ofiarą tej ceremonii? No cóż…mimo, że udało mu się uniknąć śmierci, przez resztę życia i tak nie mógł być wolny od niepokoju. Miał bowiem świadomość, że otwarte niebo jest jak wielkie oko, które cały czas go śledzi. Oko bogów, którym jakimś cudem zdołał ujść z życiem. Osobiście nie jestem pewien, czy nie byłoby lepiej dla niego, gdyby po prostu dał się zarżnąć na tym ołtarzu.

Albowiem zawsze już owemu Celtowi, gdzieś w najciemniejszych zakamarkach jego umysłu, towarzyszyć będzie pierwotny, jedyny i największy lęk ludu, który niczego się nie boi… Jest to lęk wspólny wszystkim celtyckim plemionom, niezależnie od miejsca zamieszkania. Szaleńczo odważni, dzicy, niekiedy bezczelni Celtowie, którzy nie bali się śmierci ni rzezi…drżeli na samą myśl o tym, że niebo może im spaść na głowy.

Wydaję się to niedorzeczne, ale cytat Arriana przytoczony przeze mnie w „Stosunkach…” nie może być wymysłem. Skoro nawet twórcy filmu „Asterix i Obelix kontra Cezar” do tego nawiązali, musi być w tym ziarno prawdy…

* * *

Ciąg dalszy nastąpi…

Advertisements

Posted on 10 kwietnia 2013, in Ceilteach and tagged . Bookmark the permalink. 20 komentarzy.

  1. Czyta się jak bajkę

  2. Dziwne pytanie, ale odpowiem. Dobrze, że o tym wiadomo i że takie sytuacje już nie występują. Źle – że kiedykolwiek występowały. Ostatnio czytałem o Święcie Konia gdzieś tam (z obrzydliwości nawet nie doczytałem do końca i nie usiłowałem czegokolwiek zapamiętać), że mężczyźni byli zmuszani do stosunku z martwą klaczą, a kobiety z ogierem. Też tak było – opisywał to jakiś specjalista od historii koni.

    • Dzięki za odpowiedź 🙂 Po prostu nie wiedziałem jak rozumieć Twój komentarz, dlatego zapytałem…

      Wyśniłeś mi coś jeszcze poza tym pytaniem i bardzo Ci za to dziękuję 🙂

  3. Skoro utożsamiasz się z kulturą celtycką, z celtyckimi obyczajami oraz wierzeniami i piszesz o nich „moi bracia” to jesteś im podobny? Szaleńczo odważny, dziki, bezczelny, ten, co nie boi się śmierci, ni rzezi…lecz drży na samą myśl o tym, że niebo może spaść mu na głowę… i że skłonny jesteś do krwawych ofiar i homoseksualizmu?
    Chryste Panie! A Busia i rodzice o tym wiedzą? 🙂

    • Tutaj piszę prawdę, o obu stronach celtyckiego medalu.

      A utożsamiam się z tymi cechami Celtów, które sam w ludziach podziwiam i które moim zdaniem są w nich najlepsze… Ciągły ruch, bogobojność, wojowniczość, siła duchowa i fizyczna, niezależność, zamiłowanie do historii, tańców i muzyki, do spędzania wspólnie czasu, czerpanie z życia każdego dnia jak najwięcej…

      Pod tym względem JESTEM im podobny. Tutaj jednak podobieństwa się kończą 🙂

      Gdyby było tak jak twierdzisz, moja miłość do nich musiałaby być ślepa… 😉

  4. szczur z loch ness

    Przeczytałem z zainteresowaniem, bo przyznam byłem ciekawy notki – już dość dawno zapowiadanej. Ale do rzeczy. Jakoś mi nie po drodze z Celtami albo za mało na ten temat wiem, w każdym razie zawarta w tekście teza, że ofiary z ludzi wprowadzano pod wpływem Rzymian jakoś mnie nie przekonuje. Nie zmienia to faktu, że cała ta kultura jest interesująca.
    Pozdrawiam z krainy Loch Ness 🙂

  5. Przeczytałam z dużym zainteresowaniem. Ale nie czuję się na siłach dyskutować na ten temat.
    W niedzielę umieszczę na swoim blogu krótki tekst, w którym będzie wzmianka o Celtach. Zapraszam Cię 🙂

  6. Nie lubię czytać o tym, jak się ludzie upadlają, czy to Celtowie czy inni… Blah.
    A jeśli o Asterixa chodzi, to cytat pojawiał się w każdym komiksie przy postaci wodza 🙂

  7. No i czego tu się dziwować, że się upadku niebios lękali? Każda inna klęska była na swój sposób przejściowa czy lokalna. Upadek niebios zaś musiał być po prostu poetycko nazwanym końcem świata i to zesłanym z niebios, niewykluczone, że u podłoża tego leżała zagłada kultury z Chiem:
    http://herkimer.blog.onet.pl/2009/11/05/furia-taranisa/
    Insza, że naszej husarii owi do pięt w dzielności nie dorastali, bo husarze nie bali się niczego i nikogo, a w kwestii opadającego nieba mięli zawołanie: „Choćby niebo spadło nam na głowę, my je podtrzymamy swoimi kopiami”.:)))
    Kłaniam nisko:)

  8. Hmmm… zdało mi się, żem tu pomieścił uwag parę, a dostrzec ich nie mogę… Zali mi ich co zeżarło, czyli też już na starość gonię w piętkę…?

    • Dwie Waszmości próby trafiły do spamu. Nie potrafię pojąć czemu… Dopieroż musiałem je stamtąd wyciągnąć i pod pierwszym komentarzem odpowiedzi udzieliłem powyżej… 🙂

      Dopust Boży z tą techniką istny czasami…

      Jam Waszeci sługa uniżony 🙂

Rozmowy pod Wielkim Dębem...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: