Z cyklu: Myśli Celtowe…

an Déardaoin, an 18ú lá de Dheireadh Fómhair 2012

*

Ostatnio myśli Celtowe krążą często wokół pewnego filmu, który dzięki czystemu przypadkowi (zapowiedzi w serwisie sportowym Panoramy) miałem okazję obejrzeć 18 września.
Tego wieczoru, TVP Sport nadała trwający godzinę film dokumentalny o moim ulubionym sportowcu – Michaelu Jordanie. Nie trzeba chyba wyjaśniać, kto to taki… Samego filmu wcześniej nie widziałem, chociaż staram się być na bieżąco z tym, co dzieje się w życiu niegdysiejszej gwiazdy Chicago Bulls.
Uwielbiam faceta od dziecka… To dzięki niemu i przez niego zaczęła się moja fascynacja koszykówką. Wieczory spędzone na kibicowaniu Jordanowi i Bykom były jednym z najprzyjemniejszych aspektów mojego dawnego życia w Ameryce i całego dzieciństwa w ogóle.
Dokument, o którym mowa, nosi tytuł „Przesiadka Michaela Jordana” (Jordan Rides The Bus). Zaczyna się 30 czerwca 1993 roku, kiedy to Chicago Bulls hucznie świętują zdobyte właśnie trzecie pod rząd Mistrzostwo NBA. W retrospekcjach ukazane jest dzieciństwo Michaela w Karolinie Północnej. Mili, spokojni i pracowici ludzie. Cudowna wiejska sceneria, w której nagle doszło do tragedii. Pod koniec lipca 93 roku, najjaśniejsza gwiazda kosza straciła ojca…

57-letni James Jordan wracał nocną porą do domu. Zatrzymał się na poboczu, aby się nieco przespać. Do auta doskoczył 19-letni wyrostek z pistoletem i zastrzelił Jamesa we śnie. Typowy napad na autostradzie. O świcie następnego dnia, jego zakrwawione ciało znaleziono w krzakach – opowiadał o tym jeden z tamtejszych mieszkańców. Prokurator zażądał dla zabójcy kary śmierci. Nie wiem, czy sędzia przychylił się do tego wniosku. 
Pokazano zdjęcia zapłakanego Jordana w czarnych okularach idącego za trumną ojca. Tamten dzień był punktem zwrotnym w Jego karierze. W październiku 1993 (zaledwie kilka dni przed rozpoczęciem kolejnego sezonu w NBA), Michael zwołał konferencję, na której ogłosił, że odchodzi z koszykówki i zamierza spróbować swych sił w baseballu – dyscyplinie swojego ojca. Całe Chicago było w szoku. Phil Jackson, trener Byków za czasów Ich największych sukcesów, próbował odwieść Go od tej decyzji. I on i praktycznie całe tamtejsze środowisko. Sam David Stern, komisarz NBA, klęczał przed Nim na kolanach. Nic nie pomogło. Na wiosnę następnego roku, Jordan rozpoczął pierwsze treningi w składzie Chicago White Sox, na pozycji pałkarza. W czarno-białej koszulce z numerem 45.
Wiadomo – jak wygrywasz, ludzie Cię kochają, ale jeśli tylko raz powinie Ci się noga, potrafią być bezlitośni. Na początku nie szło Mu zbyt dobrze, więc przeniósł się do drugoligowej drużyny z Alabamy: Birmingham Barrons. Szydzono tam z Niego, namawiano do odłożenia kija. Michael jednak nie dał mediom tej satysfakcji. Szybko zdał sobie sprawę ze swojej pięty achillesowej – podkręcanych piłek, których nie potrafił odbijać. Zacisnął zęby i ciężko nad sobą pracował. Na treningi przychodził codziennie jako pierwszy przed wszystkimi, schodził z boiska jako ostatni. Efekt? W ciągu kilku miesięcy Jordan powrócił do White Sox, teraz bejsbolista „pełną gębą”. Management był zachwycony. Sami fani także. Na każdym meczu z Jego udziałem, stadiony pękały w szwach. Ludzie czekali w kilometrowych kolejkach z kartami baseballowymi, rękawicami, piłkami – wszystkim, co tylko można było podpisać. White Sox umiejętnie wykorzystali szum medialny z tym związany. Sam zainteresowany był zaś tą całą sytuacją nieco zażenowany. Jako gwiazda NBA z długoletnim dorobkiem, był przyzwyczajony do entuzjazmu fanów. Podobne reakcje w baseballu, w którym dopiero stawiał pierwsze kroki, przekraczały Jego pojęcie. Osobiście twierdził w tym dokumencie, że stojąc na boisku z kijem, wypełnia pustkę po swoim ojcu: „Kiedy szykuję się do odbicia, zawsze czuję, że Ojciec jest obok mnie i dodaje mi sił. Robię to przede wszystkim dla Niego”.
I robił to świetnie. Aż do narodowego strajku bejsbolistów pod koniec 1994 roku. Władze klubów pokłóciły się z zawodnikami o wynagrodzenia. W wielu drużynach trzeba było wtedy szukać zawodników na zastępstwo. Trener Sox zapytał się Go, czy w zaistniałej sytuacji chciałby być takim „zastępstwem”. Michael zdecydowanie odmówił, nie chciał być zamieszany w całą tą aferę. Wkrótce potem odszedł z baseballu zupełnie. W marcu 1995 roku, został powitany hucznymi owacjami przez publiczność zgromadzoną w hali United Center oraz przez kolegów z drużyny. Wrócił do Byków, którzy przez rok Jego nieobecności nie zdołali sięgnąć po kolejne trofeum. Radzili sobie dobrze, ale spadek formy był zauważalny. Jednakże wraz z powrotem największej gwiazdy na parkiet, punkty całej drużyny szybko poszły w górę. Morale zresztą też – i to po obu stronach. Trzy kolejne tytuły mistrzowskie pod rząd są chyba najlepszym tego dowodem 🙂
Moje wspomnienia w temacie zaczynają się kilka miesięcy po powrocie Jordana… Ciemny pokój, telewizor na cały regulator… Gwar kibiców na trybunach. Okrzyki komentatorów. Kamery śledzące ruchy wszystkich zawodników i co bardziej efektowne akcje. Jordan biegnie pod kosz…skacze… wsad! Wrzawa taka, że cała hala drży w posadach… Wiele meczów Bulls tak właśnie oglądałem. Zupełnie jakbym był tam na miejscu. Zresztą rzeczywiście Tam byłem. Chyba wspominałem kiedyś w cyklu „Powrót do korzeni” (do którego zamierzam niedługo wrócić) o szkolnej wycieczce właśnie do United Center. Ogrom tego miejsca robi wrażenie. Przed wejściem stoi pomnik „Jego Powietrznej Wysokości” (His Airness), jeden z najsławniejszych symboli Chicago. Wspomniałem o tym, jak poznałem maskotkę Bulls – byczka Benny’ego. Biały podkoszulek, czerwone trampki. Rogi i kopyta z waty, oczy jak piłki pingpongowe 🙂 Niesamowite przeżycie… Do samej śmierci nie zapomnę. Podobnie jak nie zapomnę faktu, iż kiedyś posiadałem piłkę do kosza z autografem Michaela. I potem gdzieś się ta piłka zapodziała… Jak na prawdziwego kibica przystało, posiadałem też portfel, czapkę, plecak, buty i czerwono-czarną koszulkę Byków z numerem Jordana – 23. Do dzisiaj zachowała się tylko czapka.
Za moich czasów, Chicago Bulls byli „drużyną marzeń” – Michael, Scottie Pippen, Ron Harper, Tony Koukoć, Dennis Rodman (obok MJ najsłynniejszy zawodnik, głównie ze względu na ekstrawaganckie fryzury – na każdy mecz miał inną). 
Od tamtej epoki świetności i zwycięstw sporo wody w rzece upłynęło. Dzisiaj Michael stoi po drugiej stronie barykady – od kilku lat jest właścicielem nie odnoszącej większych sukcesów drużyny koszykarskiej Charlotte Bobcats. Jeśli zaś chodzi o Jego przygodę z baseballem, to jeszcze 15 lat po tym, jak rzucił kij, ta czarno-biała koszulka, którą nosił na meczach White Sox, schodziła w sklepie z pamiątkami jak świeże bułeczki…
* *
Miesiąc temu, niejedna łezka się Celtowi w oku podczas oglądania zakręciła. „Przesiadka Michaela Jordana” ukazała się w TVP Sport w cyklu filmów z komentarzami ekspertów. Ten dokument komentował redaktor naczelny „Przeglądu Sportowego” Marcin Kalita, a także pewien polski koszykarz, którego nazwisko niestety mi umknęło. 
Panowie rozmawiali o życiu i karierze Michaela. W pewnym momencie padło takie stwierdzenie, że z filmu nie wynika nic odnośnie innych członków Jego rodziny. Nie wiadomo nawet, czy miał żonę. Otóż wiadomo – żona Juanita i troje dzieci: Jeffrey, Marcus i Jasmine. Z całą czwórką MJ wystąpił w 1996 w Kosmicznym Meczu. Z żoną rozwiódł się ostatecznie w 2006, po wcześniejszym okresie separacji i 17 latach wspólnego życia.
* *
Na zakończenie mam dla Was dwie ciekawostki. Pierwsza to zdjęcie…
MJ w chicagowskim Sears (obecnie Wallis) Tower. Napis głosi: „Co tam stopy, mile czy kilometry? Ten budynek ma wysokość 262 Michaelów Jordanów” 😀 (On sam ma 202 cm wzrostu, licząc w butach. Wzrost zawodników NBA mierzy się zawsze w butach. Bez butów: 198 cm).
Druga ciekawostka ma postać nowej strony, którą umieściłem pośród ciekawych stron – zbiór najróżniejszych faktów, cytatów i ciekawostek o Jordanie i Chicago Bulls 🙂 Wszystko po polsku. Na co człowiek może trafić, jak nie szuka…
Reklamy

Posted on 18 października 2012, in Smaointe, Życie Celta. Bookmark the permalink. 17 Komentarzy.

  1. Pamiętam go z dzieciństwa 🙂 I byłam w kinie z klasą na Kosmicznym Meczu. Ale tak poza tym to mało o nim wiem, bo mnie zawsze bardziej kręciła piłka nożna… Chociaż moja babcia była koszykarką i była w tym niezła 😉

  2. Z wszystkich 50 stanów Illinois nie jest najciekawszy. Uwierz mi. Kiedyś może uda mi się pokazać ciut więcej? 🙂

  3. Anim wiedział o tych zawirowaniach wkoło owego gracza przesławnego, tandem wielcem Waszmości za ich spomnienie obligowany…
    Kłaniam nisko:)

  4. Temat zupełnie mi obcy. Ale…ZDROWIA…ZDROWIA…ZDROWIA życzę. Nie grypa Ciebie lecz Ty grypę masz wykończyć… Może jakiś ozdrowieńczy napój Celtów?

    • Dziękuję bardzo 🙂

      Wiem o tym i walczę uparcie już od tygodnia. Jeszcze z tydzień myślę i zaraza pójdzie won…

      Co do ozdrowieńczych napojów, tutaj geny moje i Celtów się nie zgadzają, bowiem w piwie oraz winie, w których Oni gustowali, ja się nie lubuję.

  5. Może jakaś nowa notka? Jak tam się czujesz?
    Zamiast wina przesyłam klasyk, coby Celt się poderwał na nogi 😉

  6. Faktycznie, w Sieci, grzebiąc, można trafić na takie cuda, jakie nie śniły się filozofom 😉 Często trafia się na nie przypadkiem, ale uciecha i tak jest przednia – zwłaszcza jak się zrozumie tak w 100% na co się trafiło…
    Pozdrawiam ciepło 😀

Rozmowy pod Wielkim Dębem...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: