Powrót do korzeni. Część 6…

Tutaj część piąta


Tym razem monotematycznie.


Jest Kochani coś, czego absolutnie nie mogę tutaj pominąć. Dla mnie jest to wspomnienie na tyle ważne, że zasługuje na osobną notkę. Czy rzeczywiście? Oceńcie proszę sami… 


Zanurzając się nieco głębiej we wspomnieniach, dostrzegam niewyraźny zarys białego logo w prawym dolnym rogu ekranu telewizora, logo jest na zielonym tle. To stacja telewizyjna, której nazwy już nie pamiętam (i która pewnie od dawna już nie istnieje), ale która z całą pewnością puszczała jeden z najbardziej ukochanych przeze mnie programów: „Fort Boyard”. I nie, nie mam na myśli tej polskiej wersji sprzed 2-3 lat, z Gonerą i Weissem. Chodzi mi o francuski oryginał.


Forteca w obu przypadkach jest, owszem, ta sama – masywny kamienny kompleks (jego budowę zaczął Bonaparte) nieopodal francuskiego wybrzeża. Pamiętający jeszcze niespokojne czasy Komuny Paryskiej. Podczas tego zrywu, za kraty Fortu często trafiali więźniowie polityczni. 


Pamiętam jak zawsze czekałem na ten program. Patrzyłem jak zahipnotyzowany na płomienie pochodni zamocowanych obok każdych drzwi. Jak kibicowałem drużynom w rozwiązywaniu zagadek. Pamiętam ten dreszcz strachu, ilekroć na ekranie pokazywały się tygrysy, błądzące po korytarzach więzienia. Najbardziej jednak z tego pierwotnego „Fortu…” zapadł mi w pamięć najwyższy jego punkt: górująca nad wszystkim wieża, z której roztaczał się wspaniały widok w każdą stronę.

W tej bowiem wieży rezydował starzec rodem z dawnych legend. Dostojny, z długą do pasa siwą brodą. Zawsze czytał zawodnikom zagadki pod koniec programu. Trzeba było odpowiedzieć dobrze na każdą, aby zdobyć wszystkie klucze do skarbca ze złotem. Staruszek zawsze mówił cicho. Dla mnie biła z tego człowieka taka mądrość, taka potęga, taka długowieczność. Siła tego rodzaju, jaka wypływa z wnętrza człowieka, z którą jej posiadacz wcale nie musi się specjalnie obnosić; jest tej siły całkowicie świadomy, tak samo zresztą, jak jego otoczenie.

Zawsze miałem przeczucie, że ten Staruszek w Wieży trzyma w garści los wszystkich znajdujących się na wyspie. Tylko od jego nastroju, kaprysu, tylko od zagadki zależało, czy śmiałkowie zdobędą upragnione złoto. Czy w ogóle przeżyją całą wyprawę… 


Boże! Naprawdę mam przyjemne ciarki na plecach, pisząc teraz o tym. 


Oryginalny „Fort Boyard” to jedno z moich najcieplejszych wspomnień. Było to tak strasznie dawno. Nie pamiętam już nawet dokładnie KIEDY. Sam program pamiętam jednakże znakomicie… 


I co z tego, że szukając informacji do tej części Wspomnień dowiedziałem się, że mój Staruszek na Wieży to mistrzowsko ucharakteryzowany członek ekipy, nie zaś prawdziwy starzec? Ja naprawdę wierzyłem w Jego prawdziwość. I tamten zachwyt zawsze ze mną pozostanie… 


W dzisiejszej telewizji takich programów – z dreszczykiem emocji, z sensem, gdzie naprawdę można ludziom kibicować, a cel do jakiego dążą jest szlachetny – takich pereł jak na lekarstwo dzisiaj. Liczy się zysk. Rijality szoły się liczą. Byle się „nachapać” jak najwięcej, byle tylko poprawić statystyki oglądalności i wcisnąć masom kolejny syf. A sens, przygoda, prawdziwe emocje…to wszystko ginie gdzieś po drodze…


Ciąg dalszy nastąpi…

Reklamy

Posted on 8 kwietnia 2011, in Oghaim, Życie Celta and tagged . Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Rozmowy pod Wielkim Dębem...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: