Zieloność wszechrzeczy…

Kto nigdy w życiu nie wypuścił się choć raz za miasto…kto nie łaknie spokoju…ten nie zrozumie, jaka to ulga, kiedy szarość betonu i bloków ustępuje nagle miejsca bezkresnej zieleni… Kiedy zamiast spalin czujesz ten jedyny w swoim rodzaju zapach czystej zieleni. Kiedy zamiast dźwięków typowych dla bloku, słyszysz tylko szum wiatru pomiędzy fantastycznymi formacjami skalnymi, bądź szum wartko płynącej wody. Kiedy doświadczasz zieloności wszechrzeczy… Kiedy rozumiesz, że takie miejsca na Ziemi są najpiękniejsze. I najrzadsze już teraz, niestety. 

Co za ulga dla zmęczonej, smutnej duszy, dla skołatanych codziennością pięciu zmysłów…

Dobrze mieć liścia w ręce (jeszcze zielonego). Dobrze słuchać wiatru między drzewami, chrzęstu opadłych już: brązowych, złotych, pomarańczowych liści, kwakania kaczek zajadle walczących o pożywienie rzucane przez turystów. Szumu rzeki daleko w dole. Dobrze jest móc podziwiać wszystkie kolory jesieni. Wkradły się one nawet na drzewa rosnące najwyżej – na skałę przy granicy polsko-słowackiej. W innym miejscu, w niszy na szczycie pewnej skały, na której tle turyści często robią sobie zdjęcia, znajduje się owoc czyjejś niebezpiecznej wspinaczki – figurka Matki Bożej, czuwającej nad całą okolicą… 

Dobrze jest widzieć grę światła i cienia. Odbicie skał w wodzie. Liście wszędzie leniwie spadające z drzew. Chyżo przemykającą wiewiórkę o czekoladowym futerku, jedynie kątem oka uchwyconą.

Dobrze zapuścić się jak najdalej od gęsto zabudowanego centrum miasta. Im dalej jesteś od centrum, tym turystów mniej, znacznie mniej niż w lecie. Dzięki temu słychać też Ciszę. Tę Ciszę przez duże C, niepodobną do żadnej innej. Tak różną od tej „miastowej”…


Z uśmiechem myślisz sobie, że pradawni Celtowie (o których znowu czytasz hahaha) mogliby polubić Szczawnicę. I dostrzegliby w niej wszystko to, co Ty. Zrozumieliby tę zieloność wszechrzeczy, bo byłaby ona równie oczywista dla nich, jak i dla Ciebie. Bo tą zielonością, tym zachwytem, żyli na codzień. Natura nigdy im nie spowszedniała. Nawet dzisiaj.

Wiesz, że Druidzi byliby tak samo przerażeni zasięgiem współczesnej „cywilizacji” jak Ty. Przerażeni znikomością takich pięknych, zielonych miejsc…


Przez kilka godzin doświadczasz tego wszystkiego razem i z osobna. Tego wszystkiego, za czym tak bardzo tęsknisz. Delektujesz się tym. Jesteś daleko. Zapominasz o wszystkim. Nawet o tym, że ten błogi stan potrwa jeno kilka godzin i potem znowu trzeba będzie wrócić do tego, co tak doskwiera… Nic się nie liczy. Tylko tu i teraz. Tylko fakt, że jesteś z Tatą (który ma prawie tydzień wolnego), oraz z Ciocią Magdą (którą bardzo kochasz, acz przeważnie widujesz rzadko). Liczy się jedynie to, co doświadczasz w ciągu tych kilku ulotnych godzin. To, co zawsze dodaje Ci sił. Cisza. Spokój. Głębszy oddech. Liczy się tylko ta zieloność wszechrzeczy, której doświadczasz i która Cię przenika…


Tak właśnie było przedwczoraj, Moi Kochani. Pogoda się wydarzyła. Ciocia przyłączyła się do nas i rankiem pojechaliśmy we trójkę. Wasz Celt był w swoim żywiole… haha

Reklamy

Posted on 13 października 2010, in Oghaim, Życie Celta. Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Rozmowy pod Wielkim Dębem...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: