Powrót do korzeni. Część 2…

O Ameryce i moich wspomnieniach z Nią związanych pisałem tutaj już nieraz.  


Pierwsze amerykańskie wspomnienia wiążą się z doktorem Lubickym – lekarzem wielkim ciałem i duchem, kompetentnym, zawsze uśmiechniętym, z dużym czarnym zarostem. To on operował mnie w 91 i 93 roku.

Pamiętam dwie urocze, siwowłose Panie – pielęgniarkę Helen, oraz polską tłumaczkę, Panią Zosię. Z Helen połączyła mnie sympatia do Królika Buggsa (zawsze na powitanie mówiła: „Co jest, doktorku?”), z kolei dzięki Pani Zosi wybrałem swój przyszły zawód. Pamiętam Cathy i Sharon – moje 2 pierwsze rehabilitantki. Z Cathy mam kontakt do tej pory. Pamiętam Joanne, wesołą blondynkę, oraz czarnoskórą, również zawsze uśmiechniętą Cindy…

Do końca życia nie zapomnę tego wszystkiego, co w Szpitalu Shriners przeżyłem. Tych wszystkich szpitalnych wycieczek do śródmieścia (Downtown) i dalej jeszcze, na obrzeża Chicago. Tych wszystkich ćwiczeń, śniadań, obiadów i kolacji zawsze o ściśle wyznaczonych porach. Obchodów lekarskich. Pluskania w basenie… Kolorowych pomieszczeń, zawsze tak czystych, że można by jeść z podłogi. Na każdej sali najwyższej klasy łóżka, telewizor i wideo. Duża „wypożyczalnia VHS”, lodówka z przekąskami dla pacjentów. Do dzisiaj mogę z pamięci powiedzieć adres Szpitala… Odkąd pamiętam, w każdą środę była dogoterapia. Labradory, Goldenki, Nowofundlandy, „śpiewające” Szpice… Pamiętam również epizodzik szpitalny z pierwszego pobytu, kiedy jeszcze nie władałem językiem obcym zachodnim zbyt dobrze. Siedziałem wraz z innymi maluchami na placu zabaw. Wpadła mi w oko koparka-zabawka stojąca pod oknem. Kombinowałem, kombinowałem – i poprosiłem siedzącego obok Murzynka: „Give me this koparkas”  Tę historię zna cała Rodzina. 

Czasami myśląc o Szpitalku, przychodzi mi na myśl taka scenka, nie pamiętam już czy to rok 91, 93, 95, czy 96. Nieważne. Jest późny wieczór. Zima. Oboje z Mamą wracamy ze Shriners po wizycie kontrolnej. Zatrzymujemy się na chwilę przed McDonaldem, tuż pod jarzącą się niebieskawo lampą uliczną. Siedząc na tylnym siedzeniu samochodu spoglądam przez szybę. I widzę powoli spadające płatki śniegu. Skrzą się srebrzyście pod światłem lampy…


Pamiętam tzw. „Trójkąt Polonijny” – skrzyżowanie trzech dużych ulic na północy Chicago, gdzie w latach dziewięćdziesiątych mieszkało najwięcej Polaków. Gdzie mieszkaliśmy z Mamą i Busią za trzema pierwszymi razami. Kiedy pojechaliśmy tam podczas naszego ostatniego pobytu, wiele rzeczy się zmieniło.

Nasz stary dom – duży czteropiętrowy budynek – przerobiono najpierw na magazyn, który później na powrót zamieniono na kwatery mieszkalne. Oprócz czterech pięter mieszkalnych, budynek miał jeszcze parter ze sklepem spożywczym: „Andy’s Deli”. Zawsze tam robiliśmy najpotrzebniejsze zakupy. Naprzeciwko tego budynku była cukiernia. Spacerkiem można było dojść na pocztę, do restauracji, banku, na „Trójcowo”, czyli do polskiego kościoła pod wezwaniem Trójcy Świętej. Dwie ulice od domu była fabryka, w której Busia kiedyś pracowała, a naprzeciwko fabryki – dom takiej starej Meksykanki, Carmen, która zawsze miała dla nas parę ciepłych słów. Jeszcze dalej było skrzyżowanie i cały rząd różnych sklepów. Skręcając na lewo od tego skrzyżowania wchodzi się na ogromny plac, w którego jednym kącie jest duży sklep spożywczy „Jewel”, a zaraz obok „K-Mart”, podobny do naszego „Reala”; w drugim kącie znajdowała się lodziarnia i kawiarnia. Przysięgam Kochani: jeśli chodzi o „Trójkąt”, śmiało trafiłbym wszędzie z zamkniętymi oczami…

Jest jeszcze „Jackowo”: polska dzielnica z ogromną, bogato zdobioną Bazyliką Św. Jacka, przed którą stoi pomnik Jana Pawła II, oraz wieloma polonijnymi sklepami. 


„Staropolska”„Jolly Inn”„Green Buffet”„Czerwone Jabłuszko” – doskonale pamiętam smak wszystkich potraw, jakie jadałem w tych restauracjach. Gościliśmy w nich często w weekendy. I te wszystkie sklepy, w których tyle razy tak przyjemnie buszowaliśmy…


Jak przez mgłę pamiętam w Chicago kolorowe przedszkole imienia H. Ch. Andersena, dokąd chodziłem w 1991.

Zupełnie wyraźnie kojarzę za to „Hanson Park”, szkołę podstawową, gdzie uczęszczałem w 1995/1996 roku. Dojeżdżałem tam co rano najprawdziwszym żółtym autobusem, takim, jak na filmach. Kierowca oraz autobusowa opiekunka („Mister T.” oraz Bonnie, oboje czarnoskórzy), byli duetem jedynym w swoim rodzaju: zawsze uśmiechnięci, rozmowni i skorzy do żartów. Ja i Bonnie mieliśmynawet swoją piosenkę, którą zawsze śpiewaliśmy: „Hit The Road, Jack”

To właśnie „Hanson Park” jest drugim, po Shriners, największym źródłem moich wczesnych, amerykańskich wspomnień. Nie zawsze najprzyjemniejszych… Mało kto mnie tam lubił. Ciągle miałem jakieś kłopoty, wszyscy mi dokuczali. Śmiać mi się chce, jak patrzę na tamtejsze moje świadectwo, które mam do dzisiaj: „Nie zawsze zwraca prace domowe, jest zamknięty w sobie, niełatwo nawiązuje kontakt z rówieśnikami…”. Pomimo wszystkich negatywów, były też i pozytywy… Szkoła często organizowała wycieczki (m.in. do hali sportowej „United Center”, macierzystej hali mojej ukochanej drużyny koszykarskiej, Chicago Bulls, gdzie miałem szczęście osobiście poznać ich maskotkę, Byczka Benny’ego – masa miękkiego „futra”, fikuśna grzywka, rogi z gąbki, ogonek, czarne „kopyta”, biała koszulka i oczka jak piłki pingpongowe… ). Swego czasu zdobyłem w „Hanson Park” dyplom (który do dzisiaj wisi na mojej ścianie) za „wybitne osiągnięcia w czytaniu”.

Najważniejsze jednak, że tam była Miłość – pierwsza, największa i najdłuższa; chociaż określenie tego, co działo się w sercu ilekroć Ją widziałem, przyszło znacznie później. Ja miałem wtedy może 11-12 lat, Ona była na oko jakieś 20 lat starsza. Długie, lśniące, brązowe włosy, niebieskie oczy, pełne usta i nieodłączny ciepły uśmiech. Zawsze elegancko ubrana, szczupła i pełna wdzięku. Jedyna Osoba w całej szkole, która okazywała mi autentyczne ciepło i zainteresowanie. Laura Stone, asystentka nauczyciela informatyki. Zawsze najbardziej czekałem na wtorki, na ostatnią lekcję o 2:00 po południu. Na informatykę. Zawsze siedziała ze mną, powolutku wprowadzając mnie w świat Worda, Painta i PowerPointa. Od razu przeszliśmy na „ty” (co niezbyt podobało się brodatemu panu informatykowi, ale co tam…). Laura rozpoczęła moją, trwającą do dziś, kiepską passę w sprawach sercowych. Minęły dwa lata. Był ostatni dzień 4 klasy. Totalny luz i okropny gwar. Zdążyłem już wtedy zdać sobie sprawę, że się w Laurze zakochałem. Usiłowałem powiedzieć wychowawczyni, że idę do sali informatycznej, aby się pożegnać z „Panią Stone”. W klasie było jednak tak głośno, że wychowawczyni się przesłyszała i zamiast z Laurą, pożegnałem się z Dyrektorką. C’est la vie


Pamiętam też wyraźnie to, co było poza szkołą i szpitalem. Ale o tym w następnej, ostatniej części moich Wspomnień… 


Póki co, powróciłem z Mamą do Polski. Badania psychologiczne zakwalifikowały mnie tutaj do klasy trzeciej, ze względu na niższy poziom nauczania w szkole amerykańskiej, której dwóch lat mi nie uznano. Tak to, w Szkole Podstawowej oraz Gimnazjum imienia „Orląt Lwowskich” nastały najpiękniejsze lata mojego szkolnego życia. Pełne spokoju, ciepła, codziennego, niesamowitego towarzystwa, pasji do nauki, wesołości i beztroski. Brakuje mi tego. W życiu nie zapomnę tych wspólnych wygłupów z Krzyśkiem, Tomkiem, Kamilem. Pogawędek z Fantastycznymi Dziewczynami i dwoma Marcinami. Pani Kasi, Pani Pauliny, Pani Marty, Pani Władysławy, Pana Dyrektora i Wszystkich pozostałych, wspaniałych Nauczycieli. Klasowej wycieczki do zoo w Krakowie, gdzie ryknął na nas rozjuszony lew, ani zwiedzania Muzeum Auschwitz. Ani tego, jak w wieku lat 17 dostałem podczas lekcji geografii powołanie do wojska!   Okazało się, że w WKU mieli straszny bałagan w papierach. Na szczęście udało się wszystko wyjaśnić i od tamtej pory jestem oficjalnie „Rezerwista”…

Nie zapomnę też Ośrodka Rehabilitacyjnego „Nadzieja”, ani pracującego tam Pana Wojtka – twardego, ale sympatycznego rehabilitanta, z którym ćwiczyłem co tydzień.


Moje dzieciństwo rzeczywiście skończyło się wraz z początkiem Liceum w 2004 roku, kiedy musiałem po raz kolejny wylecieć do Stanów. Tę historię jednakże znacie. Cofnijmy się zatem znowu do lat 91-93 / 95-96…


Ciąg dalszy (jeszcze) nastąpi…

Reklamy

Posted on 30 Maj 2010, in Oghaim, Życie Celta and tagged . Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Rozmowy pod Wielkim Dębem...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: