Powrót do korzeni. Część 1…

Coś mnie wzięło na wspominki… Od dawna chciałem napisać tę notkę, ale to dopiero część. Będzie jeszcze druga. Wybaczcie, że tak się rozpisałem.

Ale może moje najpiękniejsze wspomnienia obudzą WASZE najpiękniejsze wspomnienia? Te głęboko skrywane, o których na codzień nie myślicie?   🙂


Współczesność jest, moim zdanem, najbardziej bezwzględną z epok. Nie ma czasu na to, żeby w pełni poczuć się spełnionym i szczęśliwym; nie ma czasu na głębszy oddech, na życie towarzysko-rodzinne, na własne pasje. Brakuje czasu nawet na to, aby pobyć samemu ze sobą, porozmyślać i naprawdę zauważyć to, co mamy tuż obok. Dlaczego tak jest? 

Żyjemy wszyscy w świecie, którego tempo narzuciliśmyponiekąd sami. Naszym pragnieniem zdobycia coraz więcej pieniędzy, więcej sławy i większej pozycji w hierarchii. Stworzyliśmy sobie całe multum problemów, z którymi wciąż musimy się zmagać – na przykład nerwica, czy migrena (obie zgrabnie określane mianem „chorób cywilizacyjnych”). Świat, natura, nasz własny organizm: one się godzą na takie traktowanie tylko do pewnego momentu. Później to Wszystko nagle i niejednokrotnie boleśnie ingeruje w nasze pięknie ułożone życiowe plany, w ten „wyścig szczurów”, i wywraca je do góry nogami.

 

Człowiek zaś tylko człowiekiem jest i ma ograniczoną odporność na ciosy. W końcu brakuje mu sił i wszystko zaczyna go przerastać. Znalazłszy się w tym krańcowym punkcie, większość z nas (nawet osoby, które się nigdy do tego nie przyznają) ucieka pamięcią w szczęśliwsze czasy…  


Dla wielu (w tym i dla mnie) takim czasem jest dzieciństwo. Miałem naprawdę szczęśliwe dzieciństwo, pomimo licznych kłopotów zdrowotnych tudzież wyjazdów. Zawsze z rozrzewnieniem wracam do wszystkich tych wspomnień…  🙂

Najwcześniejszy etap dzieciństwa pamiętam tylko w urywkach, lecz z dużą wyrazistością.


Jako malec zawsze z uśmiechem na twarzy chowałem się przed Rodzicami – za fotelami, kanapą, po szafach. Miałem manię zamykania się w szafach Raz nawet schowałem się…w bębnie pralki. Dosyć niespokojne było ze mnie dziecię. Jaki to kontrast z tym, co jest teraz… Wciąż noszę w sercu wspomnienie Dziadka, z którym częstokroć jeździłem na ryby, oraz Babci, która zawsze brała mnie na kolana i robiła pyszne pieczone jabłka z orzechami. Pamiętam, że poznawała mnie jeszcze zaraz po wylewie, jakiś czas przed śmiercią.

Najlepsza muzyka sprzed 20 i 30 lat do tej pory zawsze kojarzy mi się z naszym najpierw czerwonym (potem zielonym) „Maluchem”, którym jeździliśmy na początku. Ten charakterystyczny warkot silnika zawsze żegnał mnie i Mamę, ilekroć Tata jechał do pracy, a my staliśmy na balkonie… Słysząc zaś zespół Smokie zamykam oczy i widzę blok Babci Marysi wieczorową porą, gdyż najczęściej wieczorem do Niej jeździliśmy. Wielki sentyment, zarówno do przebojów Smokie, jak i do Fiata 126p, pozostał mi do dzisiaj…

Pamiętam epizod, jak powracaliśmy czerwonym Maluszkiem od Babci z Kamionki. Tuż przy zjeździe od Niej znajdował się budynek plebanii. Przy tym zaś budynku (przywiązany do palika krótkim łańcuchem za nogę) stał sobie czarny, dorodny byk. Ujrzawszy przed sobą czerwień autka, zwierzę poczęło prychać i spuściło łeb, mierząc rogami prosto w nas. Zjeżdżaliśmy powoli, nie mogąc oderwać oczu od  krewniaka Fernando, który wedle wszelkich oznak mógł nas stratować… Modliliśmy się tylko, aby palik z łańcuchem wytrzymał. Wytrzymał, a my odjechaliśmy spokojnie i kamień spadł nam z serc.

 

Apropos Babci Rózi… Kocham Ją bardzo i cieszę się zawsze na każdą u Niej wizytę. Kiedy bowiem Ją widzę, widzę Ją całkowicie samodzielną, zdrową i w pełni sił. Widzę siebie jako małego chłopca, zaplatającego Jej warkoczyki, bawiącego się z Nią „w lekarza”. Widzę Lubka Pierwszego: starego, kochanego psa, który był tam od zawsze. Lubek Pierwszy, tzn pierwszy z „serii” Lubków, których nasza Rodzina w Kamionce miała przez lata…

Niedaleko naszego bloku znajduje się taki wielki parking. Wiele razy tam jeździliśmy. Tata sadzał mnie na kolanach, obsługiwał pedały, a ja kierowałem i zmieniałem biegi. W ten sposób zjeździliśmy nieraz cały parking wzdłuż i wszerz. Potem ja podrosłem, a na parkingu wybudowali stację benzynową i nie można już tak swobodnie tam jeździć. 

 

Od czasu do czasu przychodzi mi na myśl jedna moja Ciocia, oraz Jej dzieci: Sylwia i Konrad, z którymi kiedyś byłem bardzo blisko. Konrad w końcu wstąpił do wojska i straciłem z Nim kontakt; Sylwię z kolei ostatni raz widziałem ładnych parę lat temu, tuż po Jej ślubie. Przyszła do mnie ze swoim mężem Piotrkiem. Na długo przed tym ostatnim naszym spotkaniem, podczas jednego rodzinnego wypadu nad rzekę, Sylwia próbowała poderwać innego Piotrka… To był pierwszy z jedynie dwóch razów w życiu kiedy to DZIEWCZYNA starała się O MNIE, nie na odwrót. A ja, głupim i młodym będąc, zdobyć się wtedy nie dałem. Ale z perspektywy lat zrozumiałem, że tak być musiało.

 

Pamiętam MotoMyszy z Marsa, emitowane na Polsacie. Manię Disco-Polo – „majteczki w kropeczki”, Shazzę, Just5, oraz polskie wersje włoskich ballad, w wykonaniu Justyny i Piotra.„Koło Fortuny” z Wojciechem Pijanowskim i Magdą Masny.„Va Banque” z Kazimierzem Kaczorem, „Idź Na Całość” i Kota Zonka…

Do dzisiaj ze śmiechem wspominam też ślub Cioci Beaty i Wujka Bogdana. Lało wtedy jak z cebra, ale zabawa była fantastyczna!  Tańczyłem z Rodzicami pod folią, depcząc im po nogach… 


Ciąg dalszy (stety/niestety) nastąpi…

Advertisements

Posted on 10 maja 2010, in Oghaim, Życie Celta... and tagged . Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Rozmowy pod Wielkim Dębem...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: