Szlakiem Tatowych wspomnień…

Dwa tygodnie temu w sobotę spotkało mnie niesamowite szczęście – Tata miał wyjątkowo CAŁE 5 DNI WOLNEGO, Kochani, i wykorzystaliśmy to „na maksa”…  Pogoda dopisywała jak nigdy, więc były dalsze wspólne prace przy klimatyzacji w aucie. Były tez wycieczki i psoty różnego rodzaju. Wycieczki konkretnie były dwie i obie zupełnie niespodziewane. Naprawdę doceniam to, jak bardzo Tata stara się, abym miał uśmiech na twarzy. Doceniam również fakt, iż w ramach tych starań i pomimo swojego wrodzonego „domatorstwa”, Tata często mnie gdzieś zabiera…

Wtedy w sobotę pojechaliśmy obaj w długą podróż po całej okolicy Sącza – Krynica, Piwniczna, Łomnica, Andrzejówka, Wierchomla, Młodów, Nawojowa, Żegiestów, Rytro, Stary Sącz, Łabowa, Grybów…  🙂 Słońce, muzyka, gdzieniegdzie zieleń, a gdzieniegdzie już liście kolorowe spadające tu i ówdzie… Wspomnienia Taty. Jak nocą wracał z kolegami z imprezy. Wracał pieszo, z Krynicy do Sącza, trzymając w ręce jedną świeczkę. Jak jeździł pociągiem do Starego Sącza. Jak jechał motorem drogą wzdłuż Popradu (tą samą, którą my akurat jechaliśmy). Nie jestem w stanie wymienić wszystkich miejsc, do których nasze cztery koła w tę pamiętną sobotę zawitały. Ogólnie, przejechaliśmy wtedy 115 km w 3 godziny! 🙂  Zaskoczył mnie też sam koniec tej wycieczki. Wracaliśmy do domu tą samą drogą, którą drzewiej jeździłem od poniedziałku do piątku do mojej starej szkoły… Zatrzymaliśmy się nawet przed samym budynkiem „Orląt Lwowskich”. Wielka szkoda, że był weekend i wszystko pozamykane.

Druga nasza wspólna podróż miała miejsce 5 dni po pierwszej, już po powrocie Taty do pracy. Był po nocy, zmęczony, pogody też nie było; ciągle się zanosiło na deszcz. Stwierdziliśmy jednak obaj, że nie jesteśmy z cukru i jeśli nas troszkę „podleje”, to przynajmniej będziemy lepiej rosnąć   Ze słoneczkiem w sercu, na przekór chmurzyskom wstrętnym, ruszyliśmy znowu w świat. W przeciwieństwie do poprzedniej wycieczki, cel tejże utrzymywany był przede mną w tajemnicy. Jechaliśmy przez Nowy Targ. Aż do kresu nie miałem pojęcia, gdzie jedziemy. A kiedy się dowiedziałem – byłem wniebowzięty. Tata zabrał mnie do Szczawnicy! : o )  Nie posiadałem się z radości… Znowu długi spacer ścieżką pośród wciąż jeszcze zielonych drzew, aż do samej granicy słowackiej. Niezapomniane formacje skalne, ten cudowny leśny zapach. Cisza i spokój jeszcze większe niż w lecie. Naprawdę, chyba zaczniemy Tam jeździć właśnie w jesieni teraz… Pogoda przez cały czas wytrzymała, a ja czułem, że żyję. „Przesiąkłem” znowu Szczawnicą – Jej zielenią i spokojem. Spokojem tak bardzo mi potrzebnym…

W jakiś czas po tym wszystkim przyszedł dół, przyszedł smutek. Niemoc blogowo-twórcza. Dłuższe przebywanie w domu zawsze tak na mnie wpływa. Zwłaszcza, jeśli brak odwiedzin i warunków do częstych wyjść na dwór. Lubię swój dom i przytulny pokój, ale odkąd się ten cały Koszmar rodzinny zaczął, dom kojarzy mi się jedynie mi się z ciasnotą, duchotą. Przypomina mi o tym wszystkim, o czym tak bardzo chciałbym zapomnieć. Dom podoba mi się teraz tylko wieczorem i w nocy; wtedy kiedy idę spać i śpiąc, przez kilka godzin rzeczywiście zapominam…

A tych dwóch Cudownych, opisanych powyżej Wycieczek nie zapomnę. Nie zapomnę do końca życia…

Reklamy

Posted on 5 października 2009, in Oghaim, Życie Celta. Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Rozmowy pod Wielkim Dębem...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: