Co u mnie nowego…

Na początku tej notki pragnę bardzo Was wszystkich przepraszam za moją dłuższą nieobecność tutaj ostatnio.

Jestem wykończony… Jestem TAK zapracowany, że naprawdę brakuje mi sił… Zaraz po feriach rzucają nas na tak głęboką wodę. Nawet nie dają takiego luźniejszego pierwszego tygodnia, żeby się człowiek mógł znowu spokojnie przestawić na tryb szkolny… Tylko od razu na głęboką wodę.

Licząc od minionego poniedziałku mam w ciągu dwóch najbliższych tygodni: cztery sprawdziany, dwa referaty do napisania i kilka zadań domowych do odrobienia… Nieźle, co? Nie mogę się nadziwić, jak ci moi Profesorowie zdołali wtłoczyć tyle zajęć w tak ograniczone ramy czasowe. Niesamowite…  😀

Tak czy siak, trzeba to wszystko zrobić i nie ma uproś. Do tego dochodzi jeszcze jedna lektura na polski (konkretnie „Lalka” Prusa, calutkie dwa obszerne tomy…), którą muszę przeczytać „NA JUŻ” i niejako związana z tym faktem drobna zmiana mojego podziału godzin. Po równym roku kalendarzowym, w zeszłym tygodniu wróciła do pracy moja „przydzielona” Pani od polskiego, która uczyła mnie odkąd wróciłem do kraju w 2006 – Pani Wicedyrektor… W lutym zeszłego roku poszła na dłuższe chorobowe z powodu poważnych problemów zdrowotnych. Zastąpiła ją wtedy fantastyczna nauczycielka filozofii, która prowadziła mnie aż do ostatniego tygodnia przed tegorocznymi feriami… Będzie mi Pani Profesor Sz. bardzo brakować, ale na szczęście utrzymamy ze sobą kontakt – mam Jej komórkę, maila i znalazłem Jej profil na NaszejKlasie. Pani Dyrektor jest osobą niezwykle sympatyczną i ciepłą, ale niekiedy potwierdza się, że „przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka”, znowu będę się musiał przyzwyczajać.

Teraz język polski zamiast rano, tak jak dotychczas, mam po południu. Dezorganizuje mi to troszkę dzień, bo zamiast od 8:30 do 10:20 rano, mam lekcję od 14:30 do 16:20. Pani Wicedyrektor bardziej pasuje pora popołudniowa i stąd ta zmiana… Nie za bardzo jest potem czas odpocząć, bo zaraz trzeba uczyć się na wtorek, ale cóż…takie są uroki życia ucznia.


Byłem wczoraj rano na badaniu psychologicznym w poradni niedaleko Liceum. We wtorek czeka mnie badanie pedagogiczne. Matura zbliża się wielkimi krokami, a ja ze względu na problemy zdrowotne będę podczas egzaminu potrzebować paru rzeczy: wydłużonego czasu, możliwości pisania na komputerze i kogoś do pomocy. Specjalne udogodnienia podczas Matury można załatwić, tylko trzeba taką prośbę odpowiednio wcześnie zgłosić i przynieść całą dokumentację, dlatego już zaczęliśmy się o wszystko starać. Jednym z wymogów koniecznych do uwzględnienia przez Dyrekcję Szkoły naszej prośby, są aktualne badania i orzeczenia psychologiczno-pedagogiczne stwierdzające, iż rzeczywiście tych specjalnych udogodnień potrzebuję…

 

Już raz byłem tak badany – cztery lata temu, tuż po zakończeniu gimnazjum. Wczoraj Pani Psycholog wytrzymała mnie bite dwie i pół godziny… Badanie psychologiczne nic się od 2004 roku nie zmieniło – musisz odpowiadać napytania typu: „Co to jest pomidor?”, „Czym się różni wojna od pokoju?”, „Co to znaczy: pchać?”, „Co to jest astronomia?”, „Co mają ze sobą wspólnego pies i lew?”… Musiałem układać z klocków różne wzory, zwierzęta i ludzi… Pokazywano mi obrazki, a ja musiałem powiedzieć, czego na nich brakowało… Musiałem układać historyjki obrazkowe we właściwej kolejności… Było troszkę obliczeń matematycznych na czas i rozmowa o przyszłości. Zadania takie jak w podstawówce w sumie, sami widzicie – ale ja po powrocie do domu byłem cały OBOLAŁY I WYKOŃCZONY, przysięgam… Po wyjściu z poradni czułem się tak, jak po środzie w zeszłym roku szkolnym (był to wtedy najcięższy dla mnie dzień z całego tygodnia). Półtorej godziny po moim powrocie przyszła na lekcję Historia. Nic dziwnego, że kręgosłup i głowa w końcu odmówiły posłuszeństwa… Głowa jak mnie zaczęła boleć wczoraj przed południem, tak przechodzi mi dopiero teraz (musiałem wziąć tabletkę, bo inaczej nie dałbym rady…).

Jako, że nie udało się Pani Psycholog przeprowadzić wszystkich niezbędnych testów, spotkamy się raz jeszcze, już tutaj u mnie w domu, i dokończymy badanie.


A co ze spraw pozaszkolnych?

Wczoraj były Walentynki, przyjemne, amerykańskie święto. Co roku moimi Walentynkami są Moja Mama (której kupiłem w tym roku Czekoladowe Serduszka „I Love Milka”) oraz 1-3 dziewczyny, które szczególnie zapadły mi w serce lub za którymi bardzo tęsknię. Jedną z trzech Moich tegorocznych Walentynek jest Meagan, mój Amerykański Anioł; co do imion dwóch pozostałych Dziewczyn, pozwolicie Kochani, że pozostanie to Ich i moją słodką tajemnicą. One zapewne czytają mego Bloga i wiedzą, że piszę teraz właśnie o Nich…  🙂 :* :*

Chciałem sobie ostatnio znowu poczytać Bloga  Desireje, jednej mojej przyjaciółki, która często zagląda tutaj na Moją Polankę. Zamiast znajomej, zielonej blogowej szaty, wyskoczyły słowa: „BLOG O PODANYM ADRESIE NIE ISTNIEJE…”. Jestem zszokowany. Nie mogę przestać myśleć, co się stało, dlaczego skasowała Bloga… Napisałem Jej maila i czekam na odpowiedź. Zobaczymy… Poczekam jeszcze parę dni i chyba usunę link. Co mi po nim, jeśli Jej Bloga nie ma? Nie wiem, co się stało, dlaczego to zrobiła…  😦

I to by było tyle na dzisiaj… Pozdrawiam Ciepło wszystkich Czytających i Komentujących…

Reklamy

Posted on 15 lutego 2008, in Oghaim, Życie Celta. Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Rozmowy pod Wielkim Dębem...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: