To już rok…

Dzisiaj i jutro, 21 i 22 października, są bardzo ważne dla mnie dni. Jako, że nie będę miał jutro zbyt wiele czasu, bo nauka, chciałbym napisać o tym teraz…


21 października, rok temu, razem z Mamą opuściliśmy Chicago po dwóch latach pobytu tam. Wróciliśmy do Polski. Do Taty, do Mojej Siostry, do Moich Kuzynek i wszystkich Przyjaciół, którzy na mnie tutaj czekali… Zaczynał się, tak jak dwa lata wcześniej, nowy rozdział w naszym życiu.

Zostawiliśmy za Oceanem najlepszy szpital na świecie, paru bliskich przyjaciół, i przede wszystkim Babcię. Najbardziej baliśmy się, jak sobie poradzi sama. Obu stronom było bardzo ciężko. Na kilka ostatnich dni przed odjazdem, całej naszej trójce było niezwykle ciężko na sercu. Ja, Mama i Babcia cały czas mieliśmy łzy w oczach, ale mieliśmy taką niepisaną umowę, że nie będzie płakania. Wszyscy staraliśmy się być dzielni, ale koniec końców, nikomu to nie wyszło. Mama popłakała się na schodach w domu, Babcia na lotnisku, kiedy czekaliśmy na odprawę, a ja już w samym samolocie. Nie wytrzymałem po prostu. Przez dwa długie lata byliśmy tylko we troje. Cały czas opiekowałem się Babcią najlepiej jak umiałem – dbałem, żeby się o nic nie martwiła, żeby brała leki i nie pracowała za ciężko (Babcia pomaga osobom starszym; często ta praca naprawdę nadwątla Jej siły….). Teraz została sama. Myślałem sobie: „Jak Ona sobie beze mnie teraz poradzi?”…  😦

Dzień wyjazdu powitał nas pogodą pochmurną i chłodną. Kropiło przez cały dzień, ale kiedy wsiedliśmy z Mamą do samolotu, rozpadało się na dobre. Zawsze kiedy tak leje, myślę sobie, że Matka Boska pewnie nad czymś albo kimś płacze… Już kilka razy do Stanów leciałem tam i z powrotem, ale muszę przyznać, że ten lot był zdecydowanie najgorszy ze wszystkich. Prawie dziewięć godzin, i ciągle miałem kłopoty żołądkowe… Wszystkie poprzednie loty znosiłem w miarę dobrze, ale ten był tragiczny. Przez całą podróż praktycznie nic nie mogłem zjeść ani wypić. Widoki były jednak piękne, jak zawsze siedzieliśmy z Mamą przy oknie… Jakby człowiek znajdował się w jakiejś zupełnie innej, odległej od wszystkich ziemskich spraw krainie, dziesięć tysięcy metrów nad ziemią…

Nazajutrz, 22 października 2006 roku, o 10:30 rano czasu polskiego, samolot szczęśliwie wylądował na lotnisku w Balicach. Na nasz powrót pogoda była naprawdę wspaniała – słońce świeciło, było ciepło, niemal letnie…

Powitali nas Tata i Wujek Rysiek… Ależ to było radosne spotkanie! Może to zabrzmi śmiesznie, ale kiedy wracaliśmy z Krakowa do Sącza, zachowywałem się tak, jakbym widział Polskę po raz pierwszy – wszystko mnie cieszyło: nasze typowe, polskie, dziurawe drogi…krowy pasące się na łące…maluchy na drodze (mam ogromny sentyment do tych sympatycznych aut)… Po prostu wszystko…  🙂

Niesamowite uczucie… Niesamowite. Tulić osoby, których się nie widziało przez bite dwa lata.


W miarę, jak upływały dni, przestawialiśmy się z Mamą na polski czas. Między Polską a USA jest bowiem siedem godzin różnicy – kiedy tutaj jest 19:00, tam jest dopiero południe. Miałem z owym przestawianiem się małe trudności: przez parę dni chodziłem spać o 23:00, a budziłem się o 05:00. Wkrótce jednak moje ciało dostosowało się do nowego rytmu.

Powoli wszystko się rozkręcało… Mama poszła załatwiać wszystkie moje szkolne sprawy. Tydzień później (szybciej, niż się spodziewaliśmy) dostaliśmy rozpiskę nauczycieli i przedmiotów. Pierwszą lekcję miałem 7 listopada… Trzy tygodnie potem poznałem swoją nową klasę. Tą klasę, za którą teraz tak bardzo tęsknię…

Jakże brakowało mi takich spotkań za Oceanem! Muszę jeszcze nadmienić, że to spotkanie miało miejsce 21 listopada, czyli w moje urodziny… Żaden człowiek nie mógłby prosić o piękniejszy prezent… 34 piękne, cudowne dziewczyny i 3 przystojnych, fantastycznych chłopaków. A wszyscy po prostu fenomenalni!  Ja jakoś, powiem Wam, zawsze miałem niesamowite szczęście do moich klas, od samego początku… 🙂


Bardzo wiele się zdarzyło w ciągu tych 12 miesięcy. Po trzech latach, udało mi się ukończyć pierwszą klasę liceum (zacząłem liceum w 2004 roku, tuż przed wyjazdem, ale do szkoły chodziłem tylko półtorej miesiąca). Mogłem się znowu nacieszyć swoją Ukochaną Siostrzyczką, za którą na obczyźnie tęskniłem najbardziej i która przez gg i telefony nieustannie podtrzymywała mnie na duchu w najtrudniejszych dla mnie chwilach. Mam nadzieję, że uda nam się znowu zobaczyć, kiedy przyjedzie w listopadzie do Sącza…  

Straciłem trzy przyjaciółki z czatu i przeżyłem dwa mocne zauroczenia, które skończyły się tak samo, jak wszystkie moje przygody miłosne – dziewczyny się po prostu „rozmyśliły”.


Tak wiele się podczas tego roku wydarzyło. Tak wiele…

Reklamy

Posted on 21 października 2007, in Oghaim, Życie Celta. Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Rozmowy pod Wielkim Dębem...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: