Tam, gdzie zostawiłem serce swe…

Znowu śnił mi się mój szpital… Trzecią noc z rzędu. Znowu śnił mi się Szpital Shriners, najlepszy szpital na całym świecie.. Dlatego postanowiłem napisać tę notkę…


Jak już pisałem, Miłość ma wiele, bardzo wiele różnych odcieni. Dotyczy to nie tylko ludzi, ale także i miejsc. Zakochać się można równie łatwo w określonym miejscu, jak w drugim człowieku…


Tak tutaj w Polsce, jak i w Stanach, mam kilka takich miejsc, które mnie pociągają; które mnie dogłębnie zauroczyły i w których na zawsze zostawiłem jakąś cząstkę siebie, swoje serce…

Na pierwszym miejscu tej listy plasuje się wspomniany już Szpital Shriners, w Chicago w USA. Miejsce szczególne, magiczne i wyjątkowe pod każdym względem. To tam właśnie spędziłem 14 lat swojego życia, jakby nie było. To tam przeszedłem 3 operacje na nogi, stamtąd mam znaczną część moich wspomnień z moich czterech pobytów w Stanach. Szpital Shriners w Chicago jest jednym z całej sieci szpitali rozsianych po całych Stanach Zjednoczonych. Jest 25 bodajże takich szpitali w USA, i po jednym w Meksyku i Kanadzie. Te szpitale ufundowali masoni – niewyobrażalnie bogate stowarzyszenie. Znakami szczególnymi Masonów ze Szpitali Shriners są wysokie, bordowe czapki. Znakiem szczególnym jest też sama nazwa szpitala (Szpital Shriners – „Shriner’s Hospital” oznacza szpital członków świątyni. „Shrine” to po angielsku synonim słowa „świątynia”).

Przysięgam z ręką na sercu – NIGDZIE INDZIEJ nie znajdziecie drugiego takiego szpitala… Jak większość z Was wie, od urodzenia mam pewne…”kłopoty” zdrowotne. Kiedy byłem bardzo mały, Rodzice jeździli ze mną po całej Polsce, próbując jakoś tym moim kłopotom zaradzić. Skutek bywał bardzo różny. Dość powiedzieć, że nigdzie w kraju nie otrzymałem odpowiedniej pomocy. Dopiero w roku 1991, kiedy miałem 6 lat, Moja Babcia (która mieszka w USA już 26 lat) znalazła w Chicago specjalistyczny szpital, który zajmuje się dziećmi w różnym stopniu niepełnosprawnymi, czy to umysłowo, czy ruchowo.

Mama wypełniła podanie i tak rozpoczęła się moja długoletnia przygoda ze Szpitalem Shriners. Szpitalem, który dał mi tak wiele…

Kiedy pada słowo „szpital”, ludziom od razu kojarzy się to z wielkimi, chłodnymi salami, bezbarwnymi ścianami, zatłoczonymi salami, typowi dla tego miejsca zapachami unoszącymi się w powietrzu i aparaturą medyczną wkażdym kącie… Szpital Shriners jest całkowitym zaprzeczeniem tego wizerunku. Wchodząc do środka, odnosi się wrażenie, że jest się w jakimś hotelu, a nie w typowym szpitalu. Duży oddział dla pacjentów, z dwuosobowymi, przestronnymi salami z łazienką. Rodzice mogą zostać ze swoimi dziećmi w pokoju na noc, albo mogą pójść do hotelu na noc, który jest tuz obok szpitala. Odwiedziny na oddziale są od 8:00 rano do 8:00 wieczór… Każdy z pacjentów ma swój własny rozkład dnia, czas terapii fizycznej bądź umysłowej, i czas na uczestnictwo w wielu różnych zajęciach i programach, jakie Shriners ma do zaoferowania. Ból czy smutek nie mają tam prawa istnieć… Jeśli tylko coś zaboli Cię choć trochę, kilka pielęgniarek jednocześnie biegnie do Ciebie ze środkiem przeciwbólowym… Wszędzie jest bardzo kolorowo i przestronnie. Kompetencje każdej jednej osoby tan pracującej (tak jak tamtejsza medycyna) są na najwyższym z możliwych poziomów. Polscy lekarze i w ogóle personel szpitalny, mogą tylko pozazdrościć zaangażowania, oddania i miłości, z jaką ludzie ze Shriners wykonują swoją pracę… Po każdym naszym powrocie z USA, kiedy Mama pokazywała koleżankom z pracy zdjęcia ze Szpitala, żadna nie chciała uwierzyć, że gdzieś w świecie istnieje takie miejsce…

Miejsce magiczne, z którego nie chce się wracać do domu. Miejsce, w którym każda grupa wiekowa znajdzie coś dla siebie… Jest plac zabaw dla najmłodszych, sala dla nastolatków (tak zwana „teen lounge”), biblioteka, parkiet, na którym można grać w koszykówkę… Jest tam po prostu WSZYSTKO.


Szpital Shriners podreperował mi zdrowie, dzięki niemu poznałem zupełnie inny sposób życia, inną kulturę, inny świat. Zawiązało się parę cennych, drogich memu sercu znajomości, i jedna szczególna Przyjaźń…

Opuszczając to fantastyczne miejsce po raz ostatni we wrześniu 2006 roku, byłem naprawdę smutny. Wiedziałem, że zostawiłem w Shriners cząstkę siebie, swojego serca i zastanawiałem się, czy je jeszcze kiedykolwiek zobaczę…  😦


W USA są jeszcze dwa miejsca niezwykle dla mnie ważne. Pierwsze miejsce to taki wielki ogród botaniczny, zawierający najróżniejsze kwiaty i rośliny z całego świata… Ten ogród oczarował mnie od samego początku. Z Mamą i Babcią z dawien dawna nazywamy je „palmiarnią”…  🙂

Kolejnym miejscem jest Planetarium Adlera, na północy Chicago. Fantastyczne miejsce! Fantastyczne! Wielkie teleskopy, interaktywne kina na cały sufit, w których puszczane są filmy o astronomii. Różnego rodzaju eksponaty, dzięki którym można się wiele o tej arcyciekawej dziedzinie nauki dowiedzieć… Sylwetki najznakomitszych astronomów, odkrywców i pionierów kosmonautyki… Sklepik z pamiątkami. Kupiłem sobie tam taki duży plakat z dziewięcioma (a teraz już ośmioma, bo Plutona nie zalicza się do tego grona) planetami naszego Układu Słonecznego…

To są właśnie, Kochani, te trzy magiczne miejsca, gdzie za oceanem zostało moje serce…


Jeśli zaś chodzi o Polskę, takich miejsc, które wywarły na mnie niezatarte wrażenie, do głębi mnie zauroczyły i zawładnęły moją wyobraźnią…lub, których jeszcze nie widziałem, lecz myśli o nich mnie pociągają, jest kilka:

po pierwsze – Czorsztyn (patrz notka pod tytułem „Tydzień jak ze snu…”)

po drugie – Marcinkowice (o których piszę tutaj często)

po trzecie – Szczawnica (jak wyżej)

po czwarte – polskie morze (od dawna słyszę o nim wiele ciekawych rzeczy; od dawna marzę, żeby tam pojechać, gdyż jeszcze nigdy tam nie byłem)

po piąte – Zamek Wawelski w Krakowie (uwielbiam historię, a chyba nigdzie indziej w Polsce nie ma jej tak dużo, jak tam. Od zawsze mnie on pociągał, ale do tej pory nie miałem jakoś okazji, aby go zwiedzić. Może to się kiedyś zmieni….).


Moim zdaniem, łatwiej jest oddać sercu jakiemuś miejscu niż drugiemu człowiekowi… Kiedy się zakochujesz w drugim człowieku, pojawiają się różnego rodzaju komplikacje – na przykład: jedna strona chce związku, a druga nie; jedna strona ma już chłopaka bądź dziewczynę; jedna strona jest jeszcze wolna, ale już ma kogoś na oku… Albo jedna strona w ogóle nie chce związku, bo odpowiada jej życie singla.

Kiedy jeden człowiek zakochuje się w drugim, pojawiają się jak powiedziałem, komplikacje. Komplikacje, ból i lęk… Że zostanie się odrzuconym, wyśmianym… Sytuacje, w których dwoje ludzi zakochuje się w sobie a potem żyją razem i planują ślub, są piękne właśnie przez to, że są tak bardzo rzadkie…

Z miłością do miejsc jest zupełnie inaczej. Ten rodzaj miłości jest zawsze odwzajemniony. Miejsca odwzajemniają twoją miłość przez samo swoje istnienie… Możesz być pewien, że one zawsze będą tam, gdzie widziałeś je po raz ostatni…zawsze będą na ciebie czekać…możesz być pewien, że mimo iż mogą zostać przebudowane, unowocześnione, to jednak zawsze będzie wdanym miejscu to „coś”, coś szczególnego, wyjątkowego i niepowtarzalnego…zawsze będzie w nim to „coś” co cię urzekło, kiedy po raz pierwszy ujrzałeś dane miejsce…

Reklamy

Posted on 30 sierpnia 2007, in Oghaim, Smaointe, Życie Celta.... Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Rozmowy pod Wielkim Dębem...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: