Tydzień jak ze snu…

Tydzień minął zdecydowanie za szybko, i znowu jestem w czterech ciasnych ścianach bloku. Po czasie spędzonym w Czorsztynie ciężko będzie mi się do tego przyzwyczaić…


Zamieszkaliśmy w dużym, uroczym, dwupiętrowym domku z szerokim tarasem (a tak sensus stricte, to w połowie tzw. „bliźniaka”, dwóch domków przylegających do siebie. Pan Kuba, ten znajomy Babci, ma jedną połowę, a jego brat mieszka w drugiej). Duży pokój gościnny z aneksem kuchennym, przytulne sypialnie na górze, wielki kominek na środku pokoju na dole i fotel bujany… O tych dwóch ostatnich rzeczach marzę już od bardzo dawna…


Był to, Moi Kochani, tydzień spędzony poza czasem. Poza codziennością, poza myślami i trapiącymi mnie często smutkami. Poza netem i niemal całkowitą pustką towarzyską. Poza czasem… Jedziecie do Czorsztyna, mijacie znak Gminy Czorsztyn, i jest tak, jakbyście wkroczyli do innego wymiaru, przekroczyli bramy zupełnie innego świata… Świata pełnego zieleni, ciszy…ale to ciszy tak absolutnej, że dla uszu znudzonych już doszczętnie warkotem samochodów, stukaniem gołębi o parapet i głośnymi hulankami co niektórych młodych ludzi pod blokiem w nocy, jest ona najpiękniejszą muzyką. Tonie jest jedyny skarb, jaki Czorsztyn w sobie skrywa. Dużo, bardzo dużo zieleni, Pieniny, piękne niebo w nocy i za dnia (jeśli jest piękna pogoda),Tatry, które widać z tarasu… Małe sklepiki tylko kilka kroków od domku, Zajazd „Pod Smrekami” – restauracja z wielce smacznymi potrawami, ścieżki spacerowe…15 minut drogi od domku Pana Kuby leży Zalew Czorsztyński, rozległy zbiornik wodny, z zamkiem czorsztyńskim po jednej, i niedzickim po drugiej stronie. Wody Czorsztyna były w średniowieczu ważnym szlakiem handlowym; jak się idzie jedną z tych ścieżek, można zobaczyć oba zamki wciąż strzegące brzegi Zalewu… Pięknie jest ujrzeć ten widok akurat w momencie kiedy promienie słońca padają na Jezioro Czorsztyńskie 🙂


Piękny widok i piękny tydzień… Śmiem twierdzić, że najpiękniejszy z całych tegorocznych wakacji. Tydzień jak ze snu… Wszystko jest Tam inne, nawet czas. Czas ma tam pewną szczególną właściwość. Mija, alenie mija tak szybko, jak w mieście. Czas płynie w Czorsztynie swoim własnym rytmem, rytmem dostosowanym do niezwykłej atmosfery tego miejsca… A właściwość tego czasu jest taka, że mija szybko i bardzo powoli zarazem. Brzmi jak jakiś paradoks, ale to prawda. Mija szybko (bo wydaje się, że ledwie dzień zaczniesz, a już się kończy) i bardzo powoli (bo jak zwiedzasz coś albo spacerujesz, masz tyle czasu ile chcesz, możesz się nacieszyć wszystkim do woli). Nie jest więc ten czas czasem „miastowym” – czasem zabieganym, zagonionym, czasem tysiąca myśli i zadań na minutę, kiedy się człowiekowi wydaje, że doba powinna mieć więcej godzin niż 24. Nie. To nie taki czas. Czas czorsztyński jest czasem chwil… Chwil zazwyczaj ulotnych, które w tamtym miejscu zatrzymują się na tyle długo, aby człowiek zdążył się nimi w pełni nasycić… 


Wiele zdążyliśmy z Rodzicami, Ciocią i Wujkiem, Kasią i Olą zrobić w ciągu tych siedmiu dni… Siedzieliśmy do późna…paliliśmy w kominku… grillowaliśmy… oglądaliśmy w całej krasie Księżyc, planetę Wenus i gwiazdy… Często przesiadywaliśmy na tarasie, gawędząc o najróżniejszych sprawach… Często spacerowaliśmy, a ja wyhuśtałem się na fotelu bujanym za wszystkie czasy…. Odwiedziliśmy drewnianą bacówkę, gdzie zobaczyliśmy, jak wyrabia się oscypki. Była to bacówka jak z jakiejś widokówki – duży drewniany dom, wielki „miśkowaty” owczarek i gromadka puszystych owieczek na wielkiej łące, a wszystko ogrodzone drewnianym płotem. Niesamowite… Zwiedziliśmy czorsztyńską część Pienińskiego Parku Narodowego, byliśmy w obu zamkach i na zaporze w Niedzicy… Przepłynęliśmy statkiem Zalew… Wszędzie gdzie byliśmy, widzieliśmy psy rasy husky. To był najprawdziwszy wysyp! Podczas, gdy Ciocia z Rodzinką poszła na plażę nad Zalewem, ja udałem się wraz z Mamą i Tatą po raz kolejny do Szczawnicy. Spacerowaliśmy wśród pięknej zieleni, spoglądając na płynącą w dole rzekę, na wspaniałe formacje skalne u góry, na flisaków kierujących drewnianymi tratwami oraz na kaczki, zajadle walczące między sobą o każdy kęs pożywienia rzucony przez turystów…  😀

W przededniu naszego powrotu do Sącza przyjechali do nas Ciocia Halinka i Wujek Rysiek, sprawiając, że i tak już wspaniała atmosfera i wspaniały tydzień stały się jeszcze wspanialsze…


Tydzień minął, jak wspomniałem na początku notki, o wiele, wiele za szybko, i wróciliśmy wszyscy razem do szarej rzeczywistości sądeckiej. Mama przyznała na odjeździe, że nie miała pojęcia, że będzie tak cudownie, inaczej poprosiłaby Pana Kubę o pozwolenie zamieszkania w jego domku dwa tygodnie… Może kiedyś się uda… 

Wynieśliśmy z tej fantastycznej krainy Czorsztynem zwanej wiele wspomnień, pamiątek i zdjęć.. Zeszły tydzień na długo pozostanie w pamięci nas wszystkich, zwłaszcza w mojej. Jak wyjeżdżaliśmy, autentycznie chciało mi się płakać… Zakochałem się w tej pięknej krainie, odnalazłem tam swój drugi Raj na Ziemi. Kocham Czorsztyn równie mocno, jak Marcinkowice, które są moim pierwszym Rajem… Szkoda, że nie mogę Tam mieszkać na stałe, ale mam nadzieję, że będę mógł Go w miarę często odwiedzać…  🙂

Nigdy nie odpowiadało mi mieszkanie w bloku, ale pogodziłem się z tym jakoś… Ale teraz, po wizycie w Czorsztynie, będzie mi z tym o wiele ciężej niż do tej pory…

Reklamy

Posted on 6 sierpnia 2007, in Oghaim, Życie Celta. Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Rozmowy pod Wielkim Dębem...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: