O różnych smakach, ale nie tylko…

W ostatnich dniach myśli moje krążą wokół jakiejś dłuższej wycieczki (na przykład na słowackie baseny siarkowe, albo jakiś dłuższy spacer)… Większość moich znajomych i przyjaciół powyjeżdżała, albo w Polskę albo w świat, i prawie nie ma z kim pogadać. Troszkę człowiekowi samotnie w takiej sytuacji…no ale póki co, nie ma wyjścia – trzeba poczekać, aż Rodzice pójdą pod koniec miesiąca na urlopy…

To jest troszkę frustrujące: od początku wakacji wybyliśmy z domu tylko 3 razy. Każdego roku we wakacje mam to samo marzenie – zaraz na początku wakacji spakować manatki i pojechać gdzieś daleko… Włóczyć się i włóczyć, aż do kilku ostatnich dni wakacji… Co ja na to poradzę? Mam duszę włóczykija. I „smaka” na wielką wakacyjną wycieczkę, na niezapomniane przygody…  🙂


Kolejny mój smak (a właściwie: smaki), związany jest zjedzeniem. Odkryłem niedawno, że mam jednocześnie ochotę na trzy zupełnie różne rzeczy. Mianowicie na jabłecznik (moje ulubione ciacho…), ryż ze zmiksowanymi truskawkami – moja ulubiona wakacyjna przekąska, którą mógłbym jeść przez całe wakacje :D, oraz placki ziemniaczane (które bardzo lubię i które Mama zrobiła niedawno, lecz ja się wtedy nagle się źle poczułem i nie mogłem się nimi zbytnio najeść).


Dzisiaj w telewizji było nawet ciekawie – po 12:00 na TVNie puścili „Zagubionych w kosmosie” – film fantastyczno-naukowy o rodzinie Robinsonów, która w roku 2058 opuszcza naszą wyniszczoną do cna Ziemię, i podejmuje wielką wyprawę na drugi koniec galaktyki, na nadającą się do zasiedlenia planetę Alfa Prima. Na początku wyprawa przebiega zgodnie z planem, lecz później zaczyna się robić niebezpiecznie… Osoby, które już ten film widziały, wiedzą, jak się akcja toczy. Zaś tym, którzy go jeszcze nie widzieli a którzy takie filmy lubią, nie będę psuł zabawy streszczeniem…  😉

Potem, również na TVNie, obejrzałem sobie „Akademię Policyjną VII – Misję w Moskwie”. Podopieczni Komendanta Lassarda, wspólnie z milicją rosyjską, metoda prób i błędów walczą z szefem rosyjskiej mafii, który za pomocą prostej gry komputerowej i iście diabolicznego planu, pragnie zdobyć władzę nad światem.


Teraz czekam na kolejny mój ulubiony film, tym razem dokumentalny. Na Discovery Channel będzie „Człowiek-niedźwiedź” – poruszający dokument o przerwanej tragedią miłości człowieka do niedźwiedzi…

Timothy Treadwell był młodym człowiekiem, niegdyś mistrzem pływackim swojej szkoły, zdobył wiele nagród i prowadził, powiedzmy, „intensywny” tryb życia: imprezy, a co impreza to inna dziewczyna, narkotyki różnego rodzaju. Raz zdarzyło się tak, że chłopak prawie przedawkował, ledwo go odratowali w szpitalu. Po tym zdarzeniu, Timothy i jego rodzice zadecydowali, że tak dalej być nie może… Wyjechał na Alaskę, chcąc w odosobnieniu zapomnieć o narkotykach i dawnym życiu. Co zaczęło się jako mocne postanowienie poprawy i całkowitej zmiany życia, przerodziło się z czasem w miłość do zamieszkujących Alaskę niedźwiedzi grizzly. Timothy je filmował, robił im zdjęcia, cały czas usiłując się zbliżyć do nich jeszcze o jeden krok. I tak stopniowo, chłopak zdobywał zaufanie tych wielkich drapieżników, dotykał je, bawił się z nimi…Pokazywał ich życie z tak bliska, jakby był jednym z nich… Treadwell angażował się coraz bardziej, aż w końcu jego „opieka” niedźwiedziami przerodziła się w swego rodzaju obsesję – facet wszędzie widział zagrożenie dla „swoich” niedźwiedzi, nawet w zwiedzających alaskański rezerwat turystach; kilkakrotnie naraził się jego władzom. Przez 13 letnich sezonów utrwalał życie i zwyczaje misiów na taśmie filmowej i kliszy; przekroczył granicę, której w kontaktach z dzikimi zwierzętami nigdy przekraczać nie wolno… doszło do tragedii. W 2003 roku, Timothy i jego dziewczyna Amy zostali w bestialski sposób zgładzeni przez wyjątkowo agresywnego i głodnego na dodatek niedźwiedzia o antypatycznym usposobieniu. Chłopak wielokrotnie próbował się z nim zaprzyjaźnić, ale nie udało się…


Oglądałem ten film już ze 2-3 razy, i za każdym razem miałem ciarki na plecach, kiedy oglądałem końcówkę. Ten dokument pokazuje, że z dzikimi dziećmi Matki Natury nie należy się zbytnio spoufalać, bo może się to paskudnie skończyć…


Co do mnie, większość osób z mojego najbliższego otoczenia wie, że ja niedźwiedzie po prostu UWIELBIAM. I to nie tylko grizzly: polarne i baribale (czarne misie) również, a także wszelkie stwory „niedźwiedziopodobne” – pandy wielkie i koala… Ja uwielbiam wszystko, co ma związek z tymi potężnymi, mądrymi zwierzętami…ale wiem, że potrafią być niebezpieczne. Niedźwiedź z prawdziwego zdarzenia nie jest Kubusiem Puchatkiem o małym rozumku. Trzeba do tych zwierząt podejść, i traktować je, z odpowiednią dozą lęku i szacunku… Ja misie uwielbiam, ale przenigdy nie pozwoliłbym sobie na taki stopień zaangażowania, jak Timothy; nie przekroczyłbym granicy…

Advertisements

Posted on 15 lipca 2007, in Oghaim, Smaointe, Życie Celta.... Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Rozmowy pod Wielkim Dębem...

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: